Codzienne inspiracje - Paulina Krajewska

Odsłona Naszego Salonu

Dziś chciałam Was zaprosić do naszego salonu. Nie napiszę o nim, że to miejsce szczególne, bo aranżując przestrzeń w naszym domu chcieliśmy, aby każde z pomieszczeń takie było.

Salon ma dla nas pełnić przede wszystkim rolę wypoczynkową. Od samego początku oczywiste dla nas było, że nie chcemy w nim żadnego telewizora. Najważniejszym elementem tego pomieszczenia nadającym mu niezwykle przytulny, domowy i ciepły (często w dosłownym tego słowa znaczeniu) klimat jest piecokominek. To coś absolutnie wspaniałego, co uwielbia każde z nas. Gdy Marek rzuca hasło, że rozpalamy w kominku, dzieci obskakują go i robi się z tego rodzinna ceremonia. Potem patrzymy w ogień i jest magicznie. Uwielbiamy to. Nasz piecokominek postawił nam zdun. Wcześniej ustaliliśmy jak ma wyglądać, otrzymaliśmy najpierw rysunek, potem projekt graficzny i gdy całość została zaakceptowana zaczęła się magia. Powstał przepiękny piec. Połączenie klimatycznego pieca kaflowego z nowoczesnym kominkiem. No bajka po prostu. To nasz ulubiony element salonu. Tuż obok niego jest miedziany podkład oraz kosz z kocem, którym podczas chłodniejszych wieczorów można się otulić.

W centralnym punkcie salonu usytuowaliśmy olbrzymią narożną sofę. Musiała być duża, żeby nas wszystkich pomieściła, a co dopiero ewentualnych gości, którzy w razie potrzeby mogą się na niej przespać, ponieważ jest mega wygodna i rozkładana. Pierwotnie, sofa miała być szara, jednak jakoś tak w ostatniej chwili Marek stwierdził: „a czemu nie wybierzemy sofy w wyrazistym kolorze?”. I w tym momencie ja się załamałam, bo cała moja pieczołowicie tworzona od wielu tygodni i miesięcy wizja legła w gruzach. Ale ale! Szybko się pozbierałam do kupy i stwierdziłam, że hej! przecież jaki to jest genialny plan! Chodzi o to, że u nas to bardziej ja jestem z tych, które proponują odjechane kolory i formy w dizajnie, podczas gdy Marek w tej kwestii jest zdecydowanie bardziej zachowawczy, więc nawet mi do głowy nie przyszło, żeby proponować coś tak kuriozalnego, jak sofa w intensywnej barwie. A tu taka niespodzianka. Gdy już ochłonęłam i przeszliśmy do kolejnego etapu, czyli: no ok, to jaki kolor bierzemy? Marek zaproponował niebieski aksamit, ja jeszcze brałam pod uwagę różowy (taki pudrowy, ale nie było idealnego, za to był taki bardzo „brudny”, który mi się nie podobał) i zielony (taka ciemna zieleń, niczym z dżungli). Ostatecznie wybraliśmy niebieski. Chciałam szafirowy, bo to mój ulubiony kolor, ale nie było tkanin w takim odcieniu dostępnych, więc padło na najbardziej zbliżony. Wyszło tak pięknie, że piszczałam ze szczęścia rzucając się Markowi na szyję. A muszę dodać, że, gdy sofa się dla nas robiła (braliśmy na zamówienie) to ostrzegałam, że może być taka sytuacja, że jak już do nas dotrze to się rozpłaczę na jej widok i nie będę chciała jej mieć, jeśli kolor okaże się tragiczny (wcześniej widzieliśmy tylko próbki poszczególnych tkanin) i trzeba będzie sprzedawać. Na szczęście obyło się bez takich tragedii 😉

Na sofie ułożyłam kilka dekoracyjnych poduszek, które sprawiły, że wydaje się ona jeszcze bardziej zachęcająca do wyłożenia się na niej. Poza tym taki zabieg z poduszkami sprytnie działa tak, że pomieszczenie wydaje się znacznie bardziej przytulne.

W salonie znajduje się również przepiękny stolik kawowy. Stelaż, według moich wytycznych zrobił nam na zamówienie mąż przyjaciółki i wyszedł idealnie, a blat to resztka materiału z blatów kuchennych, którą postanowiliśmy wykorzystać m.in. właśnie do stolika kawowego. Dzięki temu jest jednolicie z kuchnią, która jest połączona z salonem i w której też wykorzystaliśmy ten sam materiał na blaty i kołnierz. Dekton, bo o nim mowa jest niezrównany. Nie wchłania kolorów, ponieważ nie jest porowaty jak np. marmur, do tego jest niezniszczalny (można po nim kroić, podpalać, odkładać rozżarzone naczynia, lać kwasem, no nic kompletnie go nie rusza). Idealnie więc nadaje się jako blat w kuchni, czy jako blat stolika kawowego. Pasował nam tym bardziej, że zależało mi na czymś w stylu marmuru, bardzo jasnym z szarymi smugami. Wyszło absolutnie genialnie.

Poniżej wideo, które pokażą Wam wytrzymałość Dektonu:

Nad stolikiem kawowym zawisła lampa przypominająca iskrę. Bardzo ją lubię, choć ilość żarówek początkowo może przerażać. Jest złota, podobnie jak stelaż stolika kawowego i doskonale pasuje do tego wnętrza. Jej niebanalny kształt sprawia, że podoba mi się w nim jeszcze bardziej. Daje mnóstwo światła, idealnie doświetla każdy kąt.

Z kolei nad sofą przymocowany jest projektor Epson EH-TW7300

Obraz z niego wyświetlany jest na ścianie w części jadalnianej. Gdy spuścimy rolety, efekt wizualny plus dźwięk są lepsze niż w kinie (a nawiasem mówiąc oboje z Markiem do kina chodzić nie lubimy, za to takie domowe – mega). Strasznie się cieszę, że zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie. Nie ma szpecących i rozpraszających ekranów, a jakość i dźwięk są momentami dosłownie zapierające dech w piersiach i przyprawiające o gęsią skórkę.

W salonie pod stolikiem kawowym miała być też (i chwilowo nawet była) wielka skóra bydlęca w czarno-białe łaty (uwielbiam ten motyw, jest moim ulubionym odkąd pamiętam), jednak okazało się, że strasznie gubiła włosy przez ogrzewanie podłogowe, więc koniec końców przenieśliśmy ją na poddasze do pokoju jednego z synów (być może kiedyś Wam pokażę jak się w nim prezentuje), bo nie wyobrażam sobie, żeby się jej pozbyć, jest po prostu zbyt piękna i od samego początku wiedziałam, że taka skóra najzwyczajniej w świecie musi być w naszym domu i kropka.

Ściana za sofą jest pokryta białą cegłą, którą Marek kładł osobiście i wyszło mu to idealnie, a na podgrzewanej podłodze rozłożone są olejowane lite deski dębowe zapewniające subtelny ciepły akcent wśród przeważających chłodnych barw dookoła (nie przepadam za ciepłymi odcieniami, zdecydowanie lepiej relaksuję się otoczona chłodnymi kolorami).

Nie jestem zwolenniczką niepotrzebnego zagracania przestrzeni, dlatego ilość dodatków i dekoracji staram się zwykle ograniczać do minimum. Gdy jest za dużo gratów to się „duszę”, czuję się poirytowana i mam ochotę wyrzucić wszystko. Na kominku znalazł się brokatowy obraz ze złotym, mieniącym się wizerunkiem jelenia, który sama zrobiłam i pudrowo-różowe świeczki w złotym świeczniku.

Brakuje jeszcze tylko szerokich listew dekoracyjnych, które nota bene leżą w garażu odkąd się wprowadziliśmy, jednak Marek musi się zebrać, żeby to ogarnąć, a wtedy w końcu znikną wszelkie szpecące kable przy suficie. Zastanawiam się jeszcze nad rozetą przy lampie sufitowej, ale to też pewnie z czasem się pojawi, a wtedy pokażę Wam jak całość się zmieniła.

I to tyle. Ja efektem końcowym jestem zachwycona, a jak Wam się podoba?

Wydrukuj lub zapisz jako PDFWydrukuj
xoxo Paula

Paula

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o