Codzienne inspiracje - Paulina Krajewska

Dlaczego Nasze Dzieci Mają Mało Zabawek?

Od dawna często śmiejemy się z Markiem, że czasami to pasowałoby robić rewizję przy drzwiach wpuszczając gości do domu z prezentami dla dzieci i od razu unicestwiać wszelkie próby wniesienia jakichkolwiek zabawek grających. U nas na szczęście takie sytuacje się nie zdarzają już, ale bywało różnie. 

Na początku zacznę od tego dlaczego oboje jesteśmy takimi przeciwnikami zabawek grających.

Dlaczego nie lubimy zabawek grających?

Bo nas wkurzają. 

Dziękuję. Do widzienia. 

Idę o zakład, że właśnie tak mogłaby wyglądać odpowiedź sporej części przypadkowych rodziców. My wcale nie jesteśmy tu wyjątkami. 

Podam tu kilka powodów:

  1. bo nas drażnią (no nie da się tego pominąć choćbym chciała) – są irytujące, te dźwięki zwykle koszmarnie skrzeczące i nawet jeśli zdarzy się, że są przyjemne to po przesłuchaniu tej samej śpiewki parędziesiąt razy na godzinę to – chcąc nie chcąc – wracamy do punktu wyjścia, czyli: są mocno irytujące (mówiąc dyplomatycznie. Na początku mając na stanie jakąś grającą zabawkę to tylko czekaliśmy aż padnie w niej bateria i nigdy jej nie wymienialiśmy, potem po prostu po pewnym czasie zabawka lądowała w koszu, bo jakoś nikt nie chciał się nią bawić)
  2. ogłupiają (nikt mi nie wmówi, że dziecko nauczy się z zabawki nie wiadomo czego. Przerobiliśmy sporo różnych zabawek grających i efekt każdorazowo był ten sam: prędzej czy później dziecko klika dla samego klikania, nawet nie myśli co robi tylko po prostu nawala w zabawkę, byleby wywołać jej reakcję, czyli usłyszeć określony dźwięk. Zabawki grajce mają sens jak dziecko ma jakieś 7/8 lat, ale wtedy to już raczej nie są to zabawki. Wcześniej to po prostu zabawiacz, dzięki któremu rodzic ma chwilę świętego spokoju, co – przyznaję – momentami bywa zbawienne
  3. przebodźcowują (dziecko przebodźcowane nie potrafi się skoncetrować, jest niespokojne, nerwowe, drażliwe, ospałe, zniechęcone, wpada w impas. Zabawki przebodźcowują kolorem – intensywne, o zgrozo – pstrokate, do tego dorzućmy jeszcze, że coś świeci, do tego, że coś gra, do tego, że coś się rusza. Mózg dziecka wariuje, zwyczajnie tego nie ogarnia, bo nie jest przystosowane do takiej porcji bodźców pod względem rozwojowym. I tego nie da się przeskoczyć, nawet jeśli dziecko sprawia wrażenie, że wszystko jest ok i nic niepokojącego się nie dzieje)
  4. zabijają kreatywność, twórcze myślenie, chęć eksplorowania, eksperymentowania (dzieci zaczynają się nudzić, gdy nie mają dostępu do grających, elektronicznych zabawek, nie wiedzą co ze sobą zrobić, dzieci nie chcą rysować kredkami po papierze, tylko wirtualną kredką po ekranie)
  5. uczą, że do szczęścia trzeba wiele (musi grać, musi świecić, musi się ruszać, nie wystarczy po prostu wyjście na dwór i jakiś patyk, piasek, kałuża, liście, niebo z chmurami lub bez, albo trawa, ziemia z żyjątkami, bo to jest nudne, a zabawka grająca, z którą cały czas coś się dzieje już nudna nie jest)
  6. z reguły są z plastiku (98% plastikowych zabawek jest tak marnej jakości, że bardzo szybko ulegają zniszczeniu, bo nie są w stanie przetrwać próby zabawy z dzieckiem, kupowanie więc takiej zabawki to wyrzucanie pieniędzy do kosza, bo prędzej czy później, a raczej na bank prędzej ta zabawka trafi do kosza, bo będzie zepsuta, albo po prostu dziecko dostanie kolejną i ta zostanie rzucona w kąt)
  7. mam wrażenie, że nad kupnem plastikowych grających zabawek ludzie nawet się za bardzo nie zastanawiają. Bo to jest wszędzie. Jak na odpuście. To bezsensowne napędzanie konsumpcjonizmu. Jak się przestawi na inne postrzeganie tego wszystkiego to, gdy przychodzi co do czego i chce się kupić dziecku zabawkę nie z plastiku (i możliwie nie grającą) to trzeba się nad tym bardziej zastanowić, poszukać różnych opcji, poświęcić swój czas, często te zabawki, np. drewniane są znacznie droższe od plastikowych, dlatego zakup ich zwykle jest przemyślany, a nie co chwilę nowa zabaweczka, bo tanie, bo takie kolorowe, bo takie świecące, bo takie grające, bo było to wzięłam przy okazji kupując mielone na obiad)

 

Jakie zabawki wybierać dla dzieci?

Zabawek jest mnóstwo, dlatego często najzwyczajniej mega trudno jest się zdecydować na coś konkretnego, bo to bywa po prostu przytłaczające. Ale są na to sprawdzone sposoby:

  1. wybierz zabawkę n i e z plastiku
  2. wybierz zabawkę w stonowanych, pastelowych barwach (lub w jednym-dwóch kolorach intensywnych)
  3. wybierz zabawkę, która skupia się na jednym zmyśle (nie taką, która jednocześnie gra, rusza się, jest pstrokata)
  4. wybierz zabawkę, która aktywuje ćwiczenie dziecka w jednej czynności (np. jedna zabawka to segregowanie kolorów, inna zabawka to segregowanie kształtów – dzięki temu dziecko koncentruje się na jednej czynności, jest w stanie ją doskonalić, nie jest przebodźcowane, jest skupione i pochłonięte czymś co zaowocuje mu w przyszłości)
  5. doceń prostotę, naturę – staraj się tego szukać w zabawkach (i zabawach)
  6. poproś wprost rodzinę, przyjaciół, aby starali się uszanować Twoją prośbę i ograniczyli kupowanie (gówna) niepotrzebnych, kolejnych multitaskingowych zabawek dzieciom, bo każda z nich będzie albo wypierana przez kolejną nowinkę, albo po prostu szybko się zniszczy, bo z reguły te zabawki tak mają (przypadek? nie sądzę). Poza tym oni też myślę, docenią fakt, że zależy Ci na czymś wartościowym/trwałym dla dziecka, a nie kolejnym bzdecie, który po pewnym czasie wyląduje w kącie/koszu. Lepiej wydać mniej (lub nawet tyle samo) pieniędzy na coś przemyślanego, niż zawalać pokój, a później tonąć w tym wszystkim i i tak słuchać od dziecka: nie mam się czym bawić! 

Jakie grające zabawki mają nasze dzieci?

U nas czwórka dzieci (5 lat, prawie 4 lata, 2,5 roku, 10 mc) ma w sumie jedną grającą zabawkę, która zabawką raczej nie jest, bo to bardziej lampka/głośnik/odtwarzacz audiobooków, nagrań rozmaitych (króliczek Alilo, świetnie się sprawdza). Do tego mają po mnie z dzieciństwa keyboard, ale to podchodzi pod instrumenty muzyczne, więc też ciężko nazwać to zabawką. I w sumie tyle. Ale bieda, co? haha. 

Update: w chwili dodawania tego wpisu muszę dopisać, że właśnie zamówiłam (tak, sama, z dobrej, nieprzymuszonej woli haha) zabawkę interaktywną, którą jest królik Betsy z serii Petz Toys. Dlaczego? Nasza młodsza córka (2,5 roku) od ponad roku (więc to nie takie tymczasowe, z doskoku i nieprzemyślane) jest totalnie zafiksowana na wszelkie kici-miau i króliki i dziś u koleżanki bawiła się dwie godziny tym królikiem właśnie i to w tak cudowny sposób, że no nie mogłam. Wróciłam do domu i po prostu go zamówiłam haha. Jakoś nie miałam oporów, bo wiem, że tak na prawdę to jej jedyna i pierwsza taka „prawdziwa” zabawka, innych po prostu takich nie mają i pewnie nie będą mieć, bo jak widzicie przez ponad pięć lat nic nam równie fajnego nie wpadło w oczy (kilka razy widzieliśmy różne króliki, ale były tak marne, że no odkładaliśmy z powrotem na półkę), co byłoby warte zakupu, a tu ten królik poważnie całkiem uroczy, nie jest szpetny, co się zdarza w 95% przypadków i taki spokojny. Po prostu sobie kica na zawołanie i rusza uszkami. Już nie mogę się doczekać jej miny, gdy go zobaczy!

Mają za to mnóstwo klocków, żołnierzyków, torów z pociągami (drewno), samochodzików (drewno, plastikowe są praktycznie wszystkie połamane, zdekompletowane i regularnie wyrzucam co napotkam na swojej drodze), domek dla lalek Barbie (plastik, po mnie z dzieciństwa – niedługo pokażę Wam jak go genialnie odpimpowałam i teraz zamiast kiczowato to wygląda jakby luksusowo), kuchnia z akcesoriami (drewno, materiały, ceramika jakaś, minimum plastiku w kieliszkach i szklankach – co ciekawe mieli kiedyś kuchnię mega wypasioną plastikową to jak Baz raz na nią spadł i sobie usiadł to ją złamał i tak jeszcze parę razy się to powtarzało i połamał co się dało, aż kuchnia od roku jest na zewnątrz i pełni rolę kuchni błotnej dla dzieci, a my kupiliśmy im drewnianą), warsztat (drewno), tablica do pisania (drewno). I to w sumie tyle takich typowych zabawek naszych dzieci. Reszta to mnóstwo książek, puzzli i trochę gier już zaczynamy powoli kompletować, bo Marek już doczekać się nie może wspólnego regularnego grania w planszówki bez nadgryzania plansz, przestawiania pionków i podkradania kostki.

Czy uważam, że naszym dzieciom czegoś brakuje? Ani trochę! Ilościowo mają mniej zabawek, ale dzięki temu regularnie praktycznie codziennie bawią sie 80% z nich. Cieszą się z nich, doceniają to, że je mają i gdy proszą o jakąś nową to wiemy, że z ich strony też jest to przemyślane, a nie lecą na fali. 

Jaki jest dodatkowy plus tego wszystkiego? O niebo łatwiej jest ogarnąć ewentualny bajzel! 

I tym optymistycznym akcentem żegnam sie z Wami, do następnego! Dajcie znać jak to jest u Was!

Wydrukuj lub zapisz jako PDFWydrukuj
xoxo Paula

Paula

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o